Cicely Saunders


Nie możemy oczywiście dokładnie pojąć, jak czuje się człowiek umierający; śmierć jest całkowitą zagadką, dopóki człowiek się do niej nie zbliży. Chciałabym jakoś przekazać tę atmosferę, która według moich obserwacji przynosi wielką ulgę ludziom umierającym – atmosferę troskliwości, bezpieczeństwa, gościnności. Czas jest tu raczej sprawą głębokości i jakości niż długości…

Nazywam się Cicely Sauders, jestem „opiekunką” hospicjum, którego stronę teraz oglądasz. Kim jestem? Jestem kobietą, która urodziła się w roku 1918 w Barnet w Angli. Ukończyłam studia w zakresie polityki, ekonomii i filozofii, ale dopiero dyplom pielęgniarki otworzył mi drogę do pomocy najbardziej ciepiącym. I tu odnalazłam sens swojego życia. Aby pełniej służyć na drodze, którą obrałam uzyskałam również dyplom medycznego pracownika socjalnego oraz lekarza medycyny. W swoim trudnym, aczkolwiek bogatym życiu doświadczyłam wiele cierpienia własnego i osób, które bardzo kochałam. W swojej pracy, najczęściej wolontariackiej, spotkałam wielu wspaniałych pacjentów chorych terminalnie, którzy kształtowali moją wrażliwość i głębokie zrozumienie bólu totalnego człowieka, który zbliża się do śmierci. Jestem z natury otwarta. Z takiej mnie gliny ulepiono. Staram się po prostu być blisko swoich podopiecznych. Moje życie to jedna wielka przygoda miłosna z pacjentami. To prawda, że miłość w takich warunkach zakłada najwyższy stopień ryzyka, ale ten, kto nie podejmuje pełnego ryzyka, traci coś bardzo istotnego.  Ta więź z pacjentami to prawdziwa miłość człowieka do człowieka. To szacunek i delikatność, które są bezcennym darem. Myślę, że w centrum życia stoi człowiek podatny na zranienie. A bycie bezbronnym, bycie otwartym jest strasznie ważne. Ten, kto boi się zranienia, albo źle się czuje pośród ludzi zranionych, bo lęka się, że to samo może i jego spotkać, traci coś zasadniczego. Rozmija się z tym, co decyduje o stawaniu się sobą. Każdy człowiek, którego spotkałam zbliżał się do śmierci indywidualnie. To piękno w wielkim trudzie, którego doświadczam dało mi siłę do otwarcia najcenniejszego mojego dzieła – Hospicjum św. Krzysztofa w Londynie. To tu moje skrzydła pozwoliły mi na rozwój ruchu hospicyjnego na świecie, a w szczególności w Ameryce Północnej. I to czego doświadczają teraz moje duchowe dzieci i z tego hospicjum. Moje największe marzenie – w 1969 roku założyłam pierwszy zespół opieki domowej. Tak ważne jest, aby Ci, których kochamy odpływali w swoją podróż w domu dobrze im znanym, wśród cennych dla nich przedmiotów i w chwilach życia domowego, które dają im poczucie bezpieczeństwa i szczęścia mimo bólu. W 1978 roku odwiedziłam Polskę. Wygłosiłam tu wiele wykładów, spotkałam się z lekarzami i pielęgniarkami. Zachęcałam do tworzenia hospicjów w Polsce i myślę, że choć odrobinę mojego zaczynu dodałam do wspólnego pieczenia hospicyjnego chleba w waszym kraju. Otrzymałam wiele orderów i nagród, ale nie miały one dla mnie takiego znaczenia jak uśmiech, spokój i miłość osoby chorej, przy której łóżku była choć jedna osoba mówiąca z głębi serca:

Liczysz się ponieważ jesteś kim jesteś. Liczysz się do ostatniej chwili swojego życia. Zrobię wszystko co w mojej mocy, nie tylko pomagając Ci spokojnie umrzeć, ale także żyć aż do śmierci.

Wiele jeździłam mówiąc o ruchu hospicyjnym, o kompleksowej opiece nad pacjentami, o zwykłej ludzkiej czystej miłości człowieka do człowieka. A potem sama zachorowałam i sama zostałam pacjentem, umierając najpiękniej jak potrafiłam w Hospicjum św. Krzysztofa. I wiecie – znowu byłam w domu, to dobre uczucie. W 2005 roku zakończyłam swoje ziemskie życie i działalność na rzecz rozwoju hospicjów na świecie. Cieszyłam się życiem obcując z nieuleczalnie chorymi i umierającymi. Dziś cieszę się śmiercią, tą piękną drogą, którą przeszłam pokazując całym swoim życiem jej uroki. Dziś patrzę na Was wszystkich – chorych, Wasze rodziny, wolontariuszy, pracowników – i wlewam w Wasze serca miłość i zrozumienie piękna tych najtrudniejszych chwil w życiu każdego z nas. Obiecuję swoją opiekę i przesłanie, które pozostawiam. Noszenie mojego imienia przez to Hospicjum – zobowiązuje. Ja szczerze wierzę i ufam, że wspólna droga w stronę tak niekochanej przez nas, lecz nieuniknionej śmierci, może być najpiękniejszą drogą dla każdej ze stron w niej uczestniczących. Każdy uścisk rąk niech będzie znakiem wewnętrznej jedności Was wszystkich.

Jestem z Wami i pozostanę w sercu każdego, kto pragnie dać odrobinę siebie cierpiącemu. I nie mówię żegnajcie. Mówię: do widzenia!